Usłyszałem gdzieś, że ta książka jest smutna. Jedna z linii melodycznych naszego bycia to smutek – emocja pozwalająca oswoić złe wieści, straty, krzywdę własną i cudzą. Tymczasem opowieść Fiedorczuk jest raczej mądrą refleksją nad kondycją świata epoki antropocenu. W języku polskim nie ma określenia takiej emocji, tego rodzaju kontemplacji. Niemieckie Sehnsucht – tęsknota za czymś, czego nie ma, czego nie można do końca zidentyfikować – przybliża nas, ale tylko przybliża do tego, co przeżywamy, czytając Dom Oriona. Myślę więc o słowie „biostalgia”, o tęsknocie za tym, co dzikie i organiczne, co może przetrwać, zachwycić nas, ale też przejąć do głębi. I pomóc znieść dojmujące skutki antropocenu.
Myśl – niezależnie od przybranej formy – jest usprawiedliwiona doświadczeniem, byciem w świecie bohaterów. I chyba „Dom Oriona. Powieść myśląca” to najpełniejsza hipostaza tytułu, w której może się uobecnić pewna wrażliwość do uważnego przyglądania się przyszłości, która już jest. Może dzięki temu będziemy w niej też my?
Kocham tę książkę. Nauczyła mnie czuć obroty Ziemi. Niesamowite.
Fiedorczuk interesuje to, co wspólne, ale też miejsca przejścia. Jest Dom Oriona powieścią przeciwgraniczną, nie tylko dosłownie politycznie; „jesteś zrobiona z gwiazd”, mówi przecież Lou do Elizy, swojej przyjaciółki i narratorki książki. Płynność kształtuje rzeczywistość, a nowe technologie wspierają Elizę w jej odkrywaniu. Dzięki mapom elektronicznym przemieszcza się, prowadząc za sobą czytającą, podpowiadając tryb lektury na podobieństwo „gry w klasy”. Nomadka porusza się też w czasie, by uświadomić sobie, że składa się z przeszłych form życia.
Był to już ostatni dzień naszych ferii. Pług śnieżny oczyścił drogę przez wieś, trzeba było jednak odśnieżyć kawałek prowadzący do naszego domu. Pracowałyśmy we cztery, ja, Lou, moja mama i babcia. Słońce odbijało się od wszechobecnej bieli, las na horyzoncie stał w oczekiwaniu,
nieruchomy i zwarty. Po południu gotowanie na piecu, dla nas tylko zabawa, jak wszystkie czynności w tym starym domu, który już wtedy, w latach dziewięćdziesiątych, sprawiał wrażenie przetransportowanego z przeszłości, z pojedynczą chrononautką — moją babcią — na pokładzie. Przyjechał mój ojciec, a wtedy znowu praca: noszenie i rąbanie drewna, układanie polan w precyzyjne stosy pod daszkiem. Podobało nam się to, bo już następnego dnia miałyśmy wrócić do miasta, do bloku, do centralnego ogrzewania i ciepłej wody w kranie. Wieczorem poszliśmy w ciemność — ja, Lou i mój ojciec — popatrzeć na niebo. Tata wymieniał nazwy najjaśniejszych gwiazd Oriona. Nieco ponad jego łukiem wisiał czerwonawy Mars, wyżej gwiazdozbiór Woźnicy. „Wygląda jak bardzo uproszczona mapa Polski”, stwierdziła Lou, kiedy później, już w nocy, oglądałyśmy ilustracje Atlasu gwiaździstego nieba. Zawsze miała przy sobie notes, w którym coś rysowała; tamtej nocy kopiowała konstelacje z Atlasu. Długo nad tym ślęczała, wyjątkowo zasnęłam pierwsza. Następnego ranka notes leżał na podłodze otwarty i zobaczyłam, że te jej rysunki wcale nie przypominają gwiazdozbiorów z książki. Wzruszyła ramionami: „Inaczej połączyłam kropki”.
Przez większość drogi powrotnej Lou milczała, choć bardzo czekałam, żeby powiedziała, że jej się podobało i super, że ją zabrałam — cokolwiek w tym rodzaju. Ta wyprawa to był mój pomysł, chciałam, żeby dała mi znać, że czuje się obdarowana. Ale niczego takiego nie usłyszałam, poza zwykłym „Dziękuję”, kiedy już dotarliśmy na miejsce. Pożegnałyśmy się szybko i poszła do domu, do swojego życia, o którym wiedziałam zadziwiająco niewiele, choć toczyło się tak blisko mojego. Wnieśliśmy rzeczy, potem zamknęłam się w swoim pokoju pełnym książek i płyt. Czułam się trochę nieswojo, jakbym zachorowała, zaraziła się jakimś rodzajem nieuchwytnego niepokoju.
Pojawiła się znowu po kilku dniach. Przeczytała coś o Orionie w mitach greckich. „Jak na mój gust”, powiedziała, „nie jest to aż taki znowu wielki powód do dumy, że ktoś mógłby zabić każde zwierzę na Ziemi”. „Ale w końcu to jego, Oriona, zabiło zwierzę, czyli skorpion”, wtrąciłam, „czy jednak nie?” „Ciężko powiedzieć”, odparła. „Możliwe, ktoś go oślepił. W tych historiach zawsze dzieje się jakaś masakra”. „W ogóle wszędzie dzieje się dużo masakry”, skwitowałam filozoficznie, co ją rozbawiło. „Jest jeszcze inna wersja”, powiedziała. „Bogowie kazali facetowi zakopać byczy tyłek w grobie żony”. „Wymyśliłaś to”. „Nic podobnego, to ci Grecy wymyślili. Kazali mu w dodatku nasikać do tego grobu. I po dziewięciu miesiącach wykopał dzieciaka, czyli swojego syna, Oriona”. „Ale historia”. „Dość pojechana. Dwa trupy i żywe dziecko, wykopane jak bulwa”. „Jak ziemniak”. „Mityczny ziemniak”. „Mój ulubiony”. „Ten ojciec był pszczelarzem”. „Kartofel, syn pszczelarza”. „Uganiający się za Plejadami”.
Moja choroba ustąpiła, zapomniałam, że coś mi w ogóle dolegało. Było jasne, że mamy siebie przede wszystkim po to, żeby sobie wszystko opowiedzieć — cały świat. Historie prawdziwe i zmyślone, a zwłaszcza te, które będąc
zmyśleniem, pozostają prawdą.
Wyłażę z łóżka. Zarzucam kurtkę i wychodzę na dwór. Śnieg już nie pada, chwycił za to mróz. Idę drogą w las, w ciemność. Gwiazdy świecą na niebie jak szalone. Ten blask wędruje do nas z rejonów tak odległych, że nie da się sobie tego wyobrazić. Lubiłam uświadamiać sobie, że patrząc w niebo, patrzyłam w głęboką przeszłość, to było jak podróżowanie w czasie. Nigdy nie patrzyłam sama, bo dostrzegając gwiazdozbiory, które pokazał mi ojciec, patrzyłam również jego oczami i oczami tych wszystkich zagapionych w niebo entuzjastów, którzy przez wieki poprowadzili linie pomiędzy ciałami ułożonymi tak a nie inaczej za sprawą obowiązujących w kosmosie praw fizyki, i tylko z ziemi widzianymi jako zgrupowania, które mogą, a więc muszą, coś znaczyć. Mapy nieba, jak wszystkie mapy, są jakimś rodzajem fikcji, porządkiem małego umysłu nałożonym na zmiennokształtny, nieprzenikniony kosmos. Bo jesteśmy w gruncie rzeczy bezdomni i nie wiemy, dokąd iść — nie mamy pojęcia, kim jesteśmy. Tam, gdzie teraz widzę gwiazdozbiór Oriona, Sumeryjczycy wypatrzyli pojedynek Gilgamesza z niebieskim bykiem przysłanym przez boginię Inanę. Gilgamesz pokonał byka. Bohater pokonał boginię. Miasto pokonało dzicz. Za to w babilońskim spisie gwiazd MUL.APIN Orion jest posłańcem boga Anu, „prawdziwym pasterzem nieba”. Ma postać ludzko-ptasią i towarzyszy mu królik. Długo trzeba patrzeć w rozgwieżdżone niebo, żeby wypatrzeć te wszystkie historie, jednego życia, jednej pary oczu nie starczy.
Myślę teraz o Hypatii, pięknej młodej kobiecie żyjącej w mieście zbudowanym z wapienia i wyłożonym marmurem. Tak jasnym, że podobno nie trzeba w nim było używać światła; błyszczącym tak mocno, że — znów przypomina mi się ta legenda — krawiec mógł bez problemu nawlec igłę w środku nocy. Oglądała podobne niebo, bo w kosmicznej skali czasu te z górą półtora tysiąca lat, oddzielających mnie od momentu, kiedy trzymała w dłoniach piękny, precyzyjny astrolabon, to tylko chwilka. Astrolabon oznacza „chwytający gwiazdy”. Czy patrząc w gwiazdy, próbowała oderwać się od ziemi, zaznać innej, bardziej eterycznej — a może bardziej ostatecznej, trwalszej — rzeczywistości? Uczniowie mówili o niej „boska nauczycielka”, bo doświadczali przy niej uczucia entuzjazmu, czyli bliskości Boga. Była pierwszą matematyczką antycznego świata, a w każdym razie jest pierwszą, o której wiemy. To jej jednak nie wystarczało, dlatego wspinała się po drabinie cnót: phronesis — roztropność, sophrosyne — umiarkowanie, dikaiosyne – sprawiedliwość, wreszcie andreia, czyli męstwo. Męstwo jest potrzebne, aby wytrwać w trudnej wędrówce — do gwiazd. Hypatia była jednak kobietą.
Mimo chłodu trwam pod zimowym niebem, coś się nieznacznie otwiera, słabnie opór świata, moja świadomość przybiera w tym momencie formę uczucia, nie idei: na chwilę przestaję się bać. Znajduję się oczywiście całkiem blisko domu, jestem na ścieżce i w każdej chwili mogę zawrócić, ale ulga, którą w tym momencie odczuwam, nie wynika z racjonalnej oceny sytuacji, po prostu noc już mi nie przeszkadza. Pomimo świeżej warstwy śniegu rozpoznaję poszczególne drzewa, to znaczy, że stały się częścią mnie, dosłownie, organicznie; zapisały się w moich synapsach. Nie wiem, jak to się dokładnie odbywa, ale pamięć jest przecież materialna. Wyobrażam sobie wyżłobione w mózgu maleńkie rowki, jak ścieżki dźwiękowe na analogowej
płycie: oto mój grab, przypominający starą kobietę. Oto strzeliste dęby okalające niedużą polanę, dalej pomieszane młode graby i olchy. „Dusza zaczyna się tam, gdzie ja się kończę” — to napisała Ida, a ja to teraz rozumiem.
Głębiej w lesie dostrzegam na ścieżce jakieś ciemne przedmioty. Gdy do nich podchodzę, okazuje się, że to duże męskie rękawiczki. Ktoś zgubił je całkiem niedawno, już po śnieżycy. Chwilę później widzę też ślady. Ktokolwiek to był, szedł sam. Próbuję iść po śladach, ale prowadzą
między drzewa i w nocy, w śniegu okazuje się to zbyt trudne bez odpowiednich butów i latarki. Zastanawiam się, czy nie zadzwonić do mojego gospodarza, ale nie mam pewności, co właściwie miałabym mu powiedzieć. Wiem, w którym sklepie kupiono te rękawiczki. Ten wędrowiec
miał już zatem do czynienia z pomocą po tej stronie granicy. Chyba że to ktoś miejscowy, ale nikt miejscowy nie chodziłby nocą po lesie. Stoję przez dłuższą chwilę i nasłuchuję. Nie słyszę nic poza cichymi trzaskami wewnątrz drzew. Od czasu do czasu powiew wiatru zrzuca śnieg z gałęzi
— nie wiem, jak opisać ten dźwięk.
Kiedy wyjechała, została po niej jedna walizka. Przez miesiąc czy dwa, dopóki sądziła, że niedługo wróci, trzymała swój pokój na stancji. Potem dostała jakieś artystyczne stypendium i wtedy zdecydowała, że zostanie w Meksyku na dłużej. Jej współlokatorzy przesuwali walizkę z pokoju do pokoju, aż w końcu zapytali mnie, czy nie mogłabym jej zabrać; od tego momentu leżała u mnie w mieszkaniu. Otworzyłam ją dopiero długo po tym, jak urwał się kontakt z Lou. Walizka zawierała książki w różnych językach i rozmaite papiery — zdjęcia, odręczne notatki i ołówkowe rysunki. Były wśr.d nich dziwne, hybrydyczne stworzenia: jakieś zwierzę przypominające świnię, ale z ludzką twarzą, skrzydlaty skorpion, kobieta zamieniająca się w drzewo, rozmaite niedokończone byty wyłaniające się z gładkiej bieli papieru. Upchnęłam to wszystko z powrotem i schowałam do szafy. Pewnej nocy zadzwoniła do mnie, żeby opowiedzieć o orchidei. Dochodziła druga, zdążyłam już zasnąć. Lou dzwoniła albo pisała, kiedy miała mi coś do przekazania — nie można powiedzieć, żebyśmy poza tym były w kontakcie, a jednak zawsze, kiedy się odzywała, miałam wrażenie, że dopiero co rozmawiałyśmy, jakby mimo fizycznej odległości i milczenia zachodził między nami jakiś rodzaj łączności. „Bądź jak orchidea”, powiedziałam zaspanym głosem i raczej od rzeczy. „Chciałam ci tylko powiedzieć, że migracje nie są żadnym odstępstwem od normy”, odparła. „Są normą”.
Zdrętwiały mi palce u stóp. Chłód idzie od ziemi, niepostrzeżenie wspina się po łydkach. Wychodzę na przecinkę z torami kolejki, patrzę w niebo, znowu gwiaździste, i próbuję dostrzec Małego Kalosza. Nie jestem pewna, czy patrzę na tę samą część nieba, na której Lou go wtedy znalazła, więc odtwarzam po kolei wszystkie kroki, zaczynając od Gwiazdy Polarnej. Ciekawe, że pamięć potrafi być tak precyzyjna, a w innych momentach tak bardzo zawodna. Tak, chyba go widzę. Trudno odzobaczyć kształt, który raz się zobaczyło.
Nie wiem, jak długo tak stoję, wpatrując się w niebo i odtwarzając w pamięci szczeg.ły tamtego wieczora sprzed trzydziestu lat, jestem całkowicie pochłonięta tym wspomnieniem, aż wyrywa mnie z niego dziwny, przerażający dźwięk — jest to przeciągłe, rozpaczliwe wycie, jednocześnie
czysto zwierzęce i straszliwie ludzkie, żałosne, bolesne. Strach jest jak fala uderzeniowa. Przez moment jestem jak sparaliżowana. Taką ma moje ciało strategię wobec zagrożenia — zniknąć. Wycie dobiega z głębi lasu, z tej strony przecinki, na którą jeszcze się nie zapuszczałam. Trwa może dwie, trzy sekundy, potem wszystko cichnie, poza łomotaniem mojego serca. Odczekuję parę chwil, ale ten dźwięk więcej się nie odzywa. Ruszam w drogę powrotną do domu. Tym razem próbuję iść cicho. Droga mi się dłuży, jakby w międzyczasie przyrosło ziemi, przez chwilę nawet obawiam się, że zabłądziłam, ale nie, po jakimś czasie odnajduję mój grab i wychodzę na ścieżkę, dalej prosto.
Kiedy docieram na miejsce, z jakiegoś powodu trudno mi wejść zwykłą drogą na podwórko. Boję się, że zobaczy mnie mój gospodarz, że mnie zdemaskuje, zauważy zmianę, która zaczęła we mnie zachodzić, a którą muszę ukryć przed wszystkimi, a przede wszystkim przed nim. Czuję, że jest moim wrogiem, przeszkodą do pokonania. Mijam więc furtkę i obchodzę ogrodzenie, aż docieram na tyły jego domu, od strony ogródka i dużego, szczelnie zasłoniętego okna. W środku jest ciemno, możliwe, że wcale go tam nie ma. Jednak nie mogę zmienić zdania i zawrócić do furtki, muszę przejść przez siatkę, co przecież nie jest trudne, mam małe stopy, noski butów z powodzeniem wpasowuję w druciane oczka. W ostatniej fazie zahaczam jednak nogawką spodni o wystający nad siatką kawałek drutu i zamiast skoczyć, jak planowałam, cicho niczym ryś, spadam z hukiem na zmarzniętą ziemię. Leżę przez chwilę bez ruchu, zastanawiając się, czy on to usłyszał, a jeśli tak, co mu powiem, jak się wytłumaczę. Na szczęście nic się nie dzieje, panuje zupełna cisza. Wstaję powoli i trzymając się ogrodzenia, przemykam do mojego domku. W środku nie zapalam światła. Trzęsącymi się rękami rozpalam ogień w piecu. Kiedy zdejmuję kurtkę, dociera do mnie, że boli mnie prawa kostka. I biodro. Nastawiam wodę na herbatę, zawijam się w koce i czekam przy piecu. Pierwszy raz od nie wiem jak dawna do oczu napływają mi łzy. Jestem w żałobie: Lou przepadła, ja przepadłam, wokoło wszystko umiera. Sięgam po telefon, otwieram jedną z moich map. Zaznaczam miejsce, gdzie znalazłam rękawiczkę i obszar, z którego, jak mi się wydaje, dobiegało wycie. Nie rozbierając się, włażę z telefonem pod kołdrę. W ciemności świeci jak klejnot: miedź, kobalt, żelazo, cyna, tantal, srebro, złoto, pallad… widzę, że dochodzi druga.
Kiedy otwieram oczy następnego ranka, przypomina mi się płacz, który poprzedniego dnia słyszałam w lesie. Nie mam wątpliwości, że był to właśnie płacz, choćnie wiem czy ludzki. To wspomnienie natychmiast mnie wybudza, tak jak dawniej potrafiła mnie wybudzić myśl o niedokończonej pracy. Dopiero potem patrzę na telefon, jest ósma. Boli mnie cała prawa noga. Wyłażę z łóżka, kuśtykam do łazienki, rozbieram się i oglądam. Od biodra do połowy uda ciągnie się ogromny siniak, kostka jest spuchnięta, ale to nic takiego, tylko nie poruszam się już tak sprawnie, jak poprzedniego dnia. Postanawiam to ignorować. Biorę prysznic, ubieram się i robię przegląd lodówki. Mam dwa jajka, paczkę zwiędniętej sałaty i kawałek sera. Będę musiała zdobyć jakieś jedzenie. Wychodzę na dwór po drewno na opał. Pod bramą stoi nieznajomy samochód, widzę dwóch obcych mężczyzn, przez chwilę przyglądam im się z daleka. Pojawia się mój gospodarz, dostrzega mnie i macha przyjaźnie. Odmachuję niechętnie, nieprzyjemnie świadoma swojego wyglądu. Jestem rozczochrana, a moja kurtka nosi ślady wczorajszego upadku. Nie wolno mi zbliżać się do tych mężczyzn. Nie wolno mi zamienić z nikim ani słowa, czuję, że wtedy wszystko stracę i będę musiała zaczynać od początku.
Idę z drewnem do domu. Wilgoć osiada na mojej twarzy. Nad ranem przyszła odwilż, którą przeczuwałam już wczoraj; prawie nie ma już śniegu. Ziemia jest miękka pod stopami. Słyszę spadające z drzew krople wody. Jest wyraźnie cieplej, ale wilgoć może być trudniejsza od chłodu. Rozpalam w piecu i przygotowuję śniadanie z tego, co mam. Powinnam wsiąść do samochodu i pojechać po zakupy, ale nie potrafię zmusić się do tego. Wytrząsam całą zawartość plecaka, okazuje się, że został mi jeszcze jeden baton energetyczny. Uzupełniam bidon na wodę i pakuję wszystko bardzo starannie jeszcze raz. Dokładam mój nowy, ciepły śpiwór i hamak. Za dnia wszystko wydaje się łatwe. Rozkładam mapę, którą dostałam od mojego gospodarza zaraz po przyjeździe, czytam nazwy okolicznych wsi, uroczysk, szlak.w turystycznych, rezerwat.w. Brzmią nie tak jak trzeba. Mam już swoją mapę, na której zaznaczyłam ważne miejsca: Miejsce Żubrów, Miejsce Wilczej Ofiary, Miejsce Śpiwora, Miejsce Rękawiczki, Strefę Płaczu. Patrzę na kształt, jaki utworzyły, ale potrzebowałabym Lou, żeby go odczytać.
Nakładam na siebie kolejne warstwy ubrań, przez cały czas czując ból w biodrze i ramieniu, zakładam plecak na plecy, a na wierzch zarzucam pelerynę przeciwdeszczową. Wchodzę do lasu tak samo jak zawsze. Jest późny ranek, dochodzi południe. Witam się z drzewami. Dąb unosi konary niemal pionowo do góry, jakby się dziwił. Któregoś z ostatnich dni przeczytałam, że porosty wymierają po kolei: najpierw krzaczkowate, jak Usnea florida, przypominająca liczne, małe, splątane słońca, potem liściaste, na koniec skorupiaste, jak plamice. Krople spadają z drzew, każda podobna do ciekłego kryształu odbijającego cały okoliczny pejzaż. Idę powoli, donikąd mi się nie spieszy. Mam tylko jeden plan — dojść tam, gdzie zaznaczyłam na mapie Strefę Płaczu. Z jakiegoś powodu jestem przekonana, że ponownie go usłyszę. Powtarzam sobie, że tym razem się nie przestraszę — że odpowiem.
W lesie zalegają gdzieniegdzie płaty śniegu. Jest zimno od ziemi i ciepło od niespodziewanego grudniowego słońca. Rozpoznaję graby, lipy, dęby, klony i osiki. Strzeliste szczupłe świerki chwieją się na wietrze. Zgrabiałymi palcami dotykam czerwonej kory. Nie wiem, do kogo należy lęk, który odczuwam, do mnie, czy do drzew, ale już wiem, że nie odejdzie — że już zostanie na zawsze.
Jest szaro, gdy docieram do miejsca, w którym stałam poprzedniego dnia, kiedy usłyszałam płacz. Wędrówka zabrała mi kilka godzin, chociaż to tylko parę kilometrów. Szłam bardzo powoli, ucząc się przestrzeni, pozwalając, by odcisnęła we mnie ślad. Nie znalazłam żadnych śladów po
ludziach — może teraz jest ich mniej, usłyszałam coś takiego parę dni temu pod sklepem. Szłam bardzo powoli także dlatego, że boli mnie noga. Teraz zatrzymuję się i czekam. Opieram się o drzewo, żeby trochę tę nogę odciążyć, po paru chwilach ból ustępuje. Wyciągam z plecaka mój prowiant, czyli baton energetyczny i wodę. Baton jest twardy, zimny, sztuczny, ale czuję się potem pokrzepiona. Przed momentem było szaro, teraz czarno.
Robię parę kroków w stronę Strefy Płaczu. Staram się zapamiętywać mijane drzewa, ich kształty i tworzone przez nie układy. Zapada jednak noc. Drzewa czernieją. Mój dar, który, jak sądzę, przyniosła mi rozpacz, ma swoje granice. Nie daję rady iść dalej. Postanawiam rozwiesić hamak tu, gdzie jestem. Nigdy tego nie robiłam, ale to łatwe, wybieram dwa drzewa i mocno przywiązuję linki. Uważam, żeby niczego nie zamoczyć, a mimo to trochę śniegu przedostaje się do wewnątrz. Wytrząsam go, rozkładam w środku mój superlekki, bardzo ciepły śpiwór. Siadam w hamaku jak na huśtawce i z trudem zdejmuję buty. Pakuję je do foliowej torby, a następnie przywiązuję do jednej z linek. Włażę do śpiwora, który zamykam tak, by nie zostawić żadnej szczeliny. Jest za wcześnie, żeby spać. Czuję w nodze pulsujący ból — przychodzi mi do głowy, że w jakimś sensie uznać go można za piękny. Czekam na płacz, krzyk albo cokolwiek, co nadejdzie z lasu.
Opatuliłam się tak mocno, że wystaje mi tylko nos i niemal nie mogę drgnąć — wyobrażam sobie, że trwam w pozornym bezruchu niczym zamknięta w kokonie poczwarka, w której wnętrzu toczą się życiowe procesy. Mimo izolacji jest mi zimno, za zimno, żeby spać. Mam ochotę zerknąć na telefon, jak zawsze, kiedy przez chwilę nie ma nic konkretnego do roboty; myślę, że nawet tu, w środku najdzikszego lasu Europy, mogłabym kupić sobie dizajnerskie buty albo wylicytować dzieło sztuki. Wyplątuję z kokonu rękę z telefonem, urządzenie świeci co prawda swoim trupim blaskiem, jednak nie loguje się do sieci, odmawia współpracy dokładnie tak samo jak tamtego dnia, kiedy jadąc tu, potrąciłam kota. Niczego nie kupię, nigdzie nie zadzwonię, a oprócz tego nie mam dostępu do moich map. Czuję przebiegający wzdłuż kręgosłupa dreszcz strachu: nie ucieknę już od siebie.
Czekam, aż mój umysł uspokoi się na tyle, żeby udało się wyodrębnić zarysy poszczególnych myśli, a jednocześnie w ramach ograniczonych możliwości, jakie daje mi kokon, szukam pozycji, w której będzie mi jak najcieplej, czy raczej jak najmniej zimno. Kiedy gaśnie ekran telefonu, ciemność zamyka się wokół mnie. Moje oczy są zupełnie niepotrzebne. Nie, to nieprawda. Już po chwili dostrzegam miejsce, gdzie nieprzezroczysty materiał dolnej części hamaka łączy się z lekko prześwitującym materiałem jego górnej części. Chyba wyszły gwiazdy. Wyobrażam sobie, jak w tej chwili wyglądałabym dla kogoś patrzącego z góry: duży ciemny kokon podwiązany do gałęzi drzew, niespotykana obca forma życia. Nikt nie wie, że tu jestem. Nikt nie wie, że tu jestem? Uderza mnie nagle, jak bardzo ta myśl jest nieprawdziwa. Przecież las wie, że tu jestem. Wie to poprzez zmysły swoich istot, poprzez ich węch, wzrok, słuch i różne formy czucia, których nie umiem sobie nawet wyobrazić. Mój węch, choć wyostrzony, mówi mi niedużo. Czuję zapach sztucznych materiałów, z których wykonany jest hamak i moje ubrania, poza tym tylko mróz i wilgoć; za to zapach, jaki wydzielam — ja, istota ludzka wraz z moimi rzeczami — musi być krzykliwym komunikatem dla stworzeń, które mnie otaczają. Jestem jak głośna, zła muzyka na plaży.
Mija czas. Mijam. Przestaję czuć zimno. Możliwe, że kokon rozgrzał się wreszcie od mojego ciała. Jest mi nawet nieźle w tej chwili, choć to się pewnie zaraz zmieni — te momenty, kiedy nie chcę uciekać, wciąż zdarzają się rzadko i nie trwają długo. Ale teraz wszystko jest w porządku. Przypominam sobie martwe drzewa, które podziwiałam kilka dni temu; te, co nadal stały, poprzerastane hubami, jakby właśnie zakwitły — obce, mięsiste, twarde kwiaty, życie karmiące się śmiercią. Przypominam sobie martwego wróbla, na którego się kiedyś natknęłam, leżał przy ścieżce w parku i sprawiał wrażenie żywego; dopiero kiedy się pochyliłam, zrozumiałam, że żyje na nim coś innego, liczne dusze — tak myślę o tym teraz — połączone w jedno wspólną sprawą: jedzeniem. Wyobrażam sobie, że moja skóra pęka, że zakwita, wyobrażam sobie, że umiem poddać się temu kwitnięciu.
Możliwe, że przysypiam. Znowu Ziemia jest dzika. Nie ma ludzi, jest tylko ogromny las. Las jest potężnym, samoregulującym się, nieskończenie złożonym organizmem. Poszczególne byty rodzą się i umierają, tworząc jego ogromne, żywe, ewoluujące ciało. Tury, żubry i niedźwiedzie, rosomaki i rysie. Kuny, gronostaje, łasice. Jelenie, łosie, sarny i zające. Myszy leśne. Dzięcioły białogrzbiete. Puchacze, cietrzewie i głuszce, wszystkie są jego częścią. Świerki, graby, dęby, lipy. I porosty: miejscami las wygląda, jakby był wyłożony dywanami. Tu i tam zwieszają się zielone włosy ogromnej brodaczki. Żadne z wymienionych tu imion jeszcze nie istnieje. Nie istnieją imiona: osadnik wielkooki, czerwończyk nieparek, szlaczkoń torfowiec, modraszek malczyk, modraszek alkon, czerwończyk fioletek, modraszek arion, warcabnik ślazowiec, pazik dębowiec, mieniak tęczowiec, przeplatka maturna, przeplatka aurinia, szlaczkoń szafraniec. I nie istnieje inteligencja, która mogłaby objąć wszystkie zachodzące w lesie procesy, poza inteligencją samego lasu; i nie ma na planecie takiego umysłu, w którym mogłaby powstać wizja zagłady.