Nagroda im. Wisławy Szymborskiej nie jest nagrodą dla poety czy poetki posługujących się podobnym językiem poetyckim do języka Wisławy Szymborskiej, ale – po kolejnych lekturach – uświadomiliśmy sobie, że są rzeczy, które łączą nagrodzoną książkę i poezję naszej Fundatorki: wśród nich organiczna niechęć do patosu, nawet gdy wiersz przyjmuje staroświecką z pozoru formę. To, co niektórzy mogliby odczytać jako staroświeckość, w przypadku nagrodzonej książki jest reinterpretacją formy i udowodnieniem, że wciąż można za jej pomocą powiedzieć coś nowego. Druga rzecz, łącząca poezję nagrodzoną z poezją poetki-fundatorką, to atencja dla szczegółu, do najdrobniejszych elementów opisywanego świata, bez złudnego przeświadczenia, że uda się opisać wszystko. Można tylko to, co wokół nas, trzeba – najdokładniej, jak się da. Trzecia, to cudowność rzeczy z pozoru banalnych, na które codziennie patrzymy i tylko oko poety – czy poetki – potrafi ową cudowność dostrzec i nam uświadomić.
Począwszy od debiutanckiego zbioru Listopad nad Narwią, poetka z powodzeniem rozwija model wiersza łączącego intymność własnego doświadczenia rzeczywistości z formalną problematyzacją wszystkich egzystencjalnych oczywistości. Psalmy są tego doskonałym przykładem.
Fiedorczuk niezwykle spokojnym, pełnym empatii głosem porusza tematy, które dzisiaj wirują niespokojnie w przestrzeni społecznej. Nie wchodzi jednak w zagadnienia i polemiki doraźne. Jej głos jest absolutnie uniwersalny. Jeżeli domaga się o wykluczonych, jeżeli pisze o zwierzętach ale także o krajobrazach czyni to sposób nienachalny. Czytamy jej Psalmy i czujemy, że zaczynamy głębiej rozumieć świat. Głębiej i inaczej. Niewykluczone, że dzieje się tak dlatego, że Fiedorczuk świetnie operując językiem i metaforą opowiada o zapomnianych (abo o zapoznanych) krajobrazach posługując się własnym życiem. (...) Wyczuwa się w Psalmach świetny rytm, jest tutaj wreszcie coś co można nazwać piękną bezpretensjonalnością. To poezja wyzwolona z okowów przeróżnych kalek, zaskakująca świeżością skojarzeń i odniesień. Rzecz pełna.
w jakim języku mam do ciebie mówić, słońce,
żebyś jutro wstało dla mojego dziecka,
żebyś wstało i pobudziło tkanki pokarmów,
krążenie,
jak mam to zaśpiewać dla mojego dziecka,
jak mam tobie śpiewać, planeto, żebyś wybaczyła,
że urodziłam głód, że urodziłam
pytanie
zaczepione o nic, jak sobie zaskarbić
szczodrobliwość stworzycielek - bakterii
czysty deszcz powietrze glukozą
la la
że ułożymy sią i zaśniemy, że sią obudzimy,
że ułożymy sią i zaśniemy, że sią obudzimy,
grawitacjo:
tfi
la la
że nas ułożysz i zaśniesz, i że nas obudzisz?
Piękno istnieje, la ermozura egziste, i raje
nie są sztuczne, tylko jak mieć wachlarze
z miłorzębu zielone obok zaraz żółtych i twarze
ludzkie w słońcu, perły architektury i myśli
o prochu, którym sią stajemy? Dwa dni później
pamiętam już tylko teorię, co mówiliśmy
matematyce Alhambry i fragmenty wierszy, więc
rozbieram się szybko, żeby to przyłapać
na gorącym życiu, żeby się nasycić dobrem
twego domu pośród pagórków przepasanych
weselem, gdzie szukam i znajduję, szukam
nie znajduję, szukam i znikam, i -
próbuję wybudować dom
(właśnie tu)
muszlę winniczka
próbuję wybudować schron
(właśnie tu)
gniazdo jaskółki
kładę fundamenty
(mech na kamieniach)
pokruszone światło
otwieram drzwi
(kropla wilgoci)
zimny taniec wiatru -
co było marzone, to już raczej nie.
co dzień nowe piosenki o nienasyceniu,
stare wersje końca wróciły do gry,
w nią sią zawsze gra z jak najlepszą
miną, na czas
pożyczony od gleby, przyszłości i
jakiegoś życia, czas to pieniądz dłużny.
gleba - jak kobieta, nie pomieści
dziadowskiego życia nieśmiertelna
chmura.
co było marzone, to już raczej nie.
zasypiamy głodni, budzimy sią z trwogą,
nowe wersje końca podgrzewają grą:
kobieta jak gleba? komu pałac
z miodu? Komu
namiot z piasku kamień pełen soli?
1
jeszcze tak:
kiedy przepadnie dom, poszukamy drogi
2
kiedy wygaśnie ten potężny płomień, poszukamy
drogi
3
zwykłej jak wstążka wokół horyzontu tam (patrz!),
gdzie morze spotyka sią z niebem (to mgła)
4
kiedy rozpadną sią te kształty, poszukamy drogi
5
kiedy rozpadną sią te ukochane, wyobrazisz sobie
radość tak
6
kompletną, że już nie będzie trzeba ciebie ani mnie,
czyż nie
7
za tym tęsknimy, gdy osypują się sekundy z ciał
8
(szybkie ruchy jaszczurki wewnątrz tego świata)
9
gdy kumulujesz konsekwencje ekstaz?
10
a gdy rozsypią się te ukochane, ono było tobą
11
a gdy rozsypią się te ukochane, ono było mną
w drodze do domu z chleba, domu
ze śpiewania
12
a kiedy się rozejdą (chmury, oceany),
wydobędziemy nasze nogi z sideł
13
i nauczymy się ścieżek (gdzie morze spotyka się z niebem)
14
kiedy przepadnie dom, czy coś nam nie przepadnie?
15
kiedy wygaśnie ten potężny płomień, czym to
jest po drugiej stronie płonięcia i bycia
16
gwiazd ułożonych w historie - czyj czas?
(po drugiej stronie mapy)
17
kiedy rozsypią sią te ukochane, co jeszcze jest proste?
18
kiedy rozsypią sią te ukochane,
napotkamy siebie w domu ze śpiewania
19
cykad silników serc fali
w domu molekuł pikseli i
po omacku
20
i zatopiona łódź (gdzie morze
spotyka sią z niebem)
21
a kiedy sią rozsypią, wszystko jest na chwilą,
chwila na zawsze
22
sześć miliardów chwil,
gdy zanosimy samotność, gdy się zanosimy -
R.K.
sikorka przysiadła na parapecie jak wiadomość
wygenerowana przez mgłę, październik
przechodził w listopad w brzozach dębach olchach,
mrozoodpornych kwiatach, na cmentarzach
gdzie nasi ojcowie nie pisali pamiętników,
gdzie nie poznaliby naszych dzieci, naszych
wierszy i nas. Telewizja nadawała Polskę,
która zginęła, a potem nie zginęła, a potem znowu
zginęła, a potem nie, a potem słońce
podbiło wycinankę gałęzi, nie wiadomo kiedy
sikorka wsiąkła w niebo, zanim zdążyłam powiedzieć
pamiętaj, zapamiętaj mnie –