Miejsca dotkliwe, które Fiedorczuk odsłania raz po raz w pierwszej książce, teraz pokazuje pełniej, w jeszcze większym natężeniu. Nie robi jednak tego po to, by delektować się bólem, jakim są podbite. Z bólu, który ma niby czegoś uczyć, w tak zwanym życiu niewiele wynika. Ale w tak zwanej opowieści – i owszem. Ból jest tak dobrym tworzywem, gdy przełożyć go na pismo. Książki Fiedorczuk są zapisami tych, przeprowadzonych z powodzeniem, operacji.
(...) polecam tę książkę głównie ze względu na język, który mnie oczarował. Rzadko czytając powieści, nawet najlepszych twórców, ma się wrażenie, że nie są one ani przegadane, ani nie pozostawiają uczucia niedosytu. A Biała Ofelia łamię tę regułę, bo wszystko jest tutaj jakieś wyważone, każde słowo przemyślane, a zdanie znaczące. Paradoksalnie najbardziej przyciąga mnie w tej prozie jej liryczność, rzadko ktoś teraz tak pisze. A szkoda.