"Pod słońcem"

- Wydawnictwo Literackie, 2020

Poruszająca saga o ludziach, którym przyszło żyć w trudnych czasach, adaptować się i zmieniać, a jednocześnie wciąż mierzyć z przeszłością – bo to, co odrzucone, zawsze powraca: „Pamięć (...) jest żywa i płynie przez nas jak ukryta podziemna rzeka, żeby wybić na powierzchnię znienacka, kiedy człowiek wcale się tego nie spodziewa”. W centrum tej opowieści znajdują się Misza i Miłka, ich niełatwe małżeństwo i życiowa droga, ale za sprawą wspomnień głównych bohaterów czytelnik podróżuje w czasie – do pierwszych dekad dwudziestego wieku, oraz w przestrzeni – spod Białegostoku do Warszawy, a nawet za Ural. “Pod Słońcem” porusza słabo wcześniej w literaturze obecną historię bieżeństwa – masowych przesiedleń ze wschodnich terenów Polski w 1915 roku, kiedy ponad dwa miliony osób musiały opuścić swoje domy i ruszyć w wyczerpującą podróż na wschód. Dzięki szkatułkom pamięci w „Pod Słońcem” ożywają postaci z przeszłości: rodzice głównego bohatera, jego pierwsza wielka miłość - Zofia, nauczyciel Franciszek, który rozbudził w Miszy pasję do literatury, Marianna Zającowa nazywana kochanicą diabła, Jewdokia Ziemakowa rodząca martwe dzieci czy wrażliwiec Jurek Bułka, który nasłuchiwał szumu z wnętrza ziemi. Przywołane są też postaci historyczne, takie jak twórca esperanto Ludwik Zamenhof i jego córki. Julia Fiedorczuk kreśli niezwykle barwne i oryginalne portrety składające się na esencję wielokulturowego, wielojęzycznego i pełnego sprzeczności Podlasia. Ale bohaterami powieści są także byty nie-ludzkie: rzeki, drzewa, zwierzęta. Autorka zaznacza w ten sposób nierozerwalną relację człowieka z przyrodą i cyklem życia. Nawet wszechobecna śmierć napisana jest jako część historii – jedna z bohaterek. W świecie “Pod słońcem” jasność i ciemność, narodziny i śmierć, nie istnieją oddzielnie, nie znaczą początku ani końca, przenikają się: “wszystkie historie, wypowiedziane i nie, wracały do źródła, gdzie mieszały się z innymi w jednolitą masę, którą Bóg pani Ziemakowej wlewał następnie w formy. Wtedy wszystko zaczynało się jeszcze raz od nowa: słońce wschodziło, słońce zachodziło, jak niezmordowany wędrowiec wracało znowu na swój poranny posterunek i każdy dostawał nowy przydział zdarzeń, każdy swoją porcję głodu.

Historię ludzi, zwierząt i roślin widzi Fiedorczuk jako wspólną baśń i choć to dopiero próba takiej opowieści, to niezwykle udana. Autorka momentami bawi się swoim pomysłem, próbując uchwycić inne punkty widzenia. Zachwyca mnie próba napisania fragmentu książki z punktu widzenia sówki, z góry skazana na niepowodzenie, bo przecież nie wiemy nawet jak to zwierzątko odczuwa czas, jak widzi przestrzeń i co jest dla niej najważniejsze. Ale czemu nie spróbować?

Pod słońcem” zaczarowuje zwyczajność, nadaje jej głębię, o której na co dzień nie pamiętamy. Podbarwia magią życie wplecione w rytm pór roku, ożywia postacie z przeszłości, które mogłyby być naszymi dziadkami, pradziadkami, praciotkami i prawujami. Wyzwala refleksje: skąd pochodzimy, co nas ukształtowało, gdzie tkwią nasze korzenie?


Kiedy na niebie pokazywały się krzyżyki, zadzieraliśmy głowy. Opierałam się o płot i drzazga weszła mi w palec. Zabolało. Mówiłam, że boli, ale mama nie słuchała, tylko kazała mi natychmiast wejść do domu. Już! Krzyczała jak wtedy, kiedy trzeba siadać do obiadu, ale akurat wcale nie było obiadu. Byłam na nią zła i schowałam się do mojej kryjówki za piecem, i mówiłam sobie: „Nie znajdziesz mnie, nie znajdziesz mnie”. Chciałam, żeby mnie szukała i żeby się martwiła. Za karę, że na mnie nakrzyczała. Ale oni z tatą mówili coś między sobą po cichu i w ogóle nie zwracali na mnie uwagi. Bolał mnie palec, próbowałam wycisnąć z niego drzazgę, ale tylko wbiła się głębiej. Szybko znudziło mi się to chowanie, skoro nikt mnie nie szukał, więc wylazłam. Genio podsłuchiwał rodziców i robił taką minę, jakby rozumiał, co mówią.
Innego dnia byliśmy akurat na polu. Genio powiedział, że mnie podsadzi, żebym lepiej widziała, i podniósł mnie do nieba. Samoloty huczały tak głośno, że musiałam zatkać uszy. Mimo to słyszałam, jak Genio krzyczy: „Panie pilocie, dziura w samolocie!”. Leciały tak nisko, że Genio w końcu się przestraszył i powiedział, żebyśmy wracali. Gnaliśmy do domu po rżysku. Kłuło mnie w stopy i nie mogłam biec za szybko. „Pospiesz się, pospiesz”, powtarzał Genio. Potem wziął mnie na ręce. Mama po nas wybiegła. Znowu była zła. Ale nie tak jak wtedy, kiedy trzeba siadać do obiadu. Jakoś inaczej i gorzej. Było to straszne, dlatego zaczęłam płakać. Mama mnie przytuliła i przestałam.
A wtedy spadły bomby na miasteczko. I chociaż od nas miasteczka nie widać, to dało się dostrzec, że się pali. Oglądaliśmy dym. Tata wychodził przed dom. Robił sobie daszek z dłoni, żeby zasłonić oczy przed słońcem, które było czerwone. „Ale nasz dom się nie spali?”, zapytałam mamę. „Nie, nasz nie”, odpowiedziała. Dym był czarny, a niebo czerwone. Potem zrobiło się ciemno. Rodzice dużo mówili po cichu. Mama kazała mi spać, ale spać nie mogłam, podsłuchiwałam, o czym oni szepczą, a Genio, chociaż rano, kiedy biegliśmy po polu, był jeszcze dzieckiem, teraz był już dorosły.
Potem uciekaliśmy do lasu. Była noc i czułam, że mi strasznie zimno. Mama, tata, Genio i Miłka, wszyscy razem, także koń i krowa. Zabraliśmy pierzyny i chleb. Kiedy dotarliśmy na miejsce, robiło się widno. Tym miejscem była polana. Mama ułożyła pierzyny na mchu, pod dużym dębem. Tam był teraz nasz dom. Tata gdzieś poszedł. Mama na niego czekała i nic nie robiła. To dziwne, kiedy mama nic nie robi, bo mama zawsze coś robi, martwiłam się, ale Genio znowu był dzieckiem. Zbieraliśmy żołędzie i układaliśmy z nich różne wzory, a potem psuliśmy to, co ułożyliśmy. Układaliśmy i psuliśmy. Układaliśmy i psuliśmy. To się nazywa wojna. Czas płynie bardzo powoli.
Tata wrócił wieczorem z jakimś panem. Weszliśmy z Geniem pod pierzyny, żeby spać. Słyszałam szeptanie dorosłych, szum drzew i dużo innych dźwięków w ciemności wokół nas. Przypomniało mi się, że w lesie mieszkają wilki, bardzo się ich bałam. Genio tłumaczył, że nie podejdą do ogniska, ale to nie pomagało. Pomogło dopiero, kiedy przyszła mama i weszła z nami pod pierzynę. Przytuliłam się do mamy, a wtedy bicie jej serca zagłuszyło wszystkie inne dźwięki i przestałam się bać, i nawet podobało mi się spanie w tym nowym domu pod dębem, wszyscy troje razem pod pierzyną. Rano mama wydoiła krowę i piliśmy mleko na śniadanie. Ten pan nadal był z nami, siedzieli z tatą na przewróconym pniu i palili papierosy. Genio chciał być dorosły, ale rodzice mu zabronili. Zbieraliśmy grzyby, jednak mama nie pozwalała nam oddalać się od polany, więc szybko wszystkie wyzbieraliśmy. Dobre i złe. Przyglądaliśmy się temu, co rusza się w mchu. Mrówki niosły martwego żuka, trudząc się przy tym bardzo. Kiedy nie można nigdzie chodzić, to się nazywa wojna.
Przyszli do nas Cyganie. Przynieśli garnki na sprzedaż, ale mama nie chciała niczego kupować. Jeden Cygan rozmawiał z tatą i tym nowym panem. To nie podobało się mamie. Był razem z nimi stary pan, który dużo się śmiał. Chciał nas rozśmieszyć, bo zaczął tańczyć i śpiewać. Inni kazali mu być cicho, bo jest wojna. Wtedy on ściszył głos i zaczął śpiewać bez wydawania żadnych dźwięków, tylko poruszając ustami, jak ryba wyciągnięta z wody, ale nie przestał tańczyć. To było bardzo śmieszne – stary człowiek, który kręci się jak dziecko – ale i trochę straszne. Poszli Cyganie i poszedł tamten nowy pan, który wcześniej palił z tatą papierosy. Tata palił teraz sam. Siedział na pniu i nic nie mówił. Mama też nic nie mówiła, Genio miał poważną minę, znowu udawał dorosłego. Chciałam go rozśmieszyć, więc ułamałam kawałek patyka i udawałam, że ja też palę papierosa. Marszczyłam czoło jak tata, kiedy myśli i nie wolno mu przeszkadzać. Genio najpierw nie chciał się śmiać, ale wreszcie nie wytrzymał i znowu się bawiliśmy.
Znaleźliśmy maślaki, całkiem niedaleko, między sosenkami. Maślaki rosną w stadach. Lubię, kiedy od spodu odchodzi biała błonka. Nie lubię, kiedy błonka klei się do palców. Maślaki ślimaki. Mama usmażyła maślaki na ognisku. Wieczorem Cygan opowiadał nam bajki, mnie i Geniowi. O Królowej Ptaków. Mama najpierw była niezadowolona, a potem słuchała razem z nami. Po tych opowieściach inaczej słuchaliśmy ptaków. Znowu spaliśmy pod dębem. Kiedy się obudziłam, najpierw nie wiedziałam, gdzie jestem i dlaczego mam nad sobą liście i niebo, myślałam, że widocznie znalazłam się w kraju Królowej Ptaków. Ale potem przypomniało mi się, że to z powodu wojny. Drzazga wypłynęła, wycisnęłam ją razem z kroplą ropy.

Spadły bomby na miasteczko. Zapaliły się domy, ale nie dom Ryfki, ten akurat nie. Ryfka siedziała przy stole, przyciskając do siebie szmacianą lalkę. Mama Ryfki głośno zawodziła. Tata Ryfki krzyczał na mamę i na cały świat.
Kiedy już zgasły pożary, Misza stał w ogródku, między mieczykami. Mieczyki sterczały wysoko do nieba, wyższe od Miszy, chociaż mróz już ściął ich kwiaty. Przyszła Luda i zawołała go do domu, gdzie urodziło się dziecko.
Misza bał się tego, co zobaczy, tak bardzo, że wchodził do domu z zamkniętymi oczami. Luda śmiała się z niego – ona znała i rozumiała te rzeczy, które dla chłopca musiały pozostać tajemnicą, bo dotyczyły tylko kobiet. W izbie Misza zobaczył umęczoną matkę. Leżała w łóżku, wsparta na poduszkach jak ktoś ciężko chory, jak ojciec, kiedy wrócił z Uralu. Jej lewe oko podbiegło krwią i wyglądało strasznie, jak otwarta rana. A mimo to uśmiechała się, trzymając w ramionach zawiniątko, z którego wyglądała pomarszczona, sina ludzka twarz. Misza zaczął się w nią wpatrywać i nie mógł przestać. Nie mógł zrozumieć, jak to możliwe, że jeszcze kilka godzin temu nie było jej na świecie, a teraz jest, i w jaki sposób wyszła. Uderzyła go myśl, że mama musi mieć dziurę w brzuchu. Był to obraz tak straszny, że szybko wypchnął go ze świadomości i tylko wpatrywał się, z rosnącym zachwytem, w małą twarz. Oczy o grubych powiekach odemknęły się na chwilę i Misza miał przez moment wrażenie, że patrzy prosto w jakąś niewypowiedzianą głębię – w noc, z której najwyraźniej przywędrowała do nich ta nowa istota. Nie były to jeszcze oczy konkretnej osoby, tylko jakby samo patrzenie, samo pytanie, sama czysta otwartość na to, co może przyjść ze strony świata.
„Sestra”, powiedziała matka zmęczonym głosem i Misza poczuł coś podobnego do smutku, ale silniejszego, przenikającego go na wskroś. „Zobacz, słońce”, chciał powiedzieć do tego ślepego jeszcze patrzenia. Rączki nowej siostry bezładnie chwytały powietrze. Misza podetknął palec, złapała go z całej siły, a wtedy zachciało mu się płakać, nie wiedział dlaczego i na razie jeszcze wolał nie wiedzieć.

Ptasia Siostra rozpuściła kruczoczarne włosy, ubrała się w nie jak w sukienkę. Przyleciały kawki i wrony. Saszka krakał „kra, kra”, Cyganie śmiali się z Saszki, a on razem z nimi.

*

Nieraz przychodziło mi do głowy, że pamięć jest dziwna. Przebiera w zdarzeniach jak chce, przetrząsa myśli i wyciąga, co jej się podoba, resztę przysypuje piaskiem. Przez długi czas budziłam się, nie pamiętając, że nie mam już matki. Dopiero po paru chwilach, kiedy wstawałam i zaczynałam się krzątać, kiedy nachodziła mnie myśl, żeby jej o czymś opowiedzieć albo że na pewno będzie na mnie o coś zła, przypominało mi się, że już jest po wszystkim. I tak z powodu psikusów pamięci przez długie tygodnie, każdego dnia, żegnałam się z nią na nowo. Dziś nie inaczej. Kiedy się obudziłam, Michał jeszcze mocno spał. Pewnie znowu późno się położył. Często ślęczał nad książkami do północy albo i dłużej. Pisał listy do tych swoich esperantystów i ciągle uczył się nowych języków – widać było mu to potrzebne. A ja nie dość, że nie miałam głowy do książek, to jeszcze zwykle spałam jak suseł. Kiedy przychodziła moja godzina, po prostu odpływałam, a już zwłaszcza ostatnio – zdarzało mi się zasnąć nawet na siedząco, przy stole. Z początku nie wiedziałam dlaczego, myślałam, żeby może zapytać matki... i wtedy mi się przypominało. A potem, gdy już wiedziałam, skąd ta senność, kilka razy chciałam jej o tym powiedzieć, bo nie pamiętałam, że już się nie da.
Na razie nikomu nie mówiłam, nawet Michałowi. Czekałam, aż nabiorę pewności, chociaż pewność już była, moje ciało, jakkolwiek nieco ociężałe, było jednocześnie bardzo żywe, a wszystko wokół mnie – zapachy, smaki, kolory – jakby wyraźniejsze. Myślałam: „Michał ma swoje tajemnice, w książkach i papierach, a ja mam swoją, w sobie”. Dotknęłam opuszkami palców jego skroni – wyczułam ciepłe tętno. Sen wygładził mu twarz, wyglądał łagodnie jak dziecko. Przyjemnie mi było patrzeć na niego, kiedy odpoczywał. W dzień bywał nieraz pochmurny, surowy, zwłaszcza jeśli skupiał się nad jakąś robotą. W takich chwilach to znikało.
Kiedy wyszliśmy na dwór, mgła była jeszcze całkiem gęsta. Ścieliła się na ziemi jak kołdra, przebijały przez nią żółte i czerwone liście. Wilgotne powietrze pachniało orzechami, tak jak pachnie świeży kompost. Przed dworkiem spotkaliśmy pana Franciszka. Mieszał coś zapamiętale w dużej miednicy.
– Jakiś nowy eksperyment? – zagadnął wesoło Michał.
– Zobacz – pan Franciszek od razu przeszedł do rzeczy. Zaczerpnął warząchwią porcję mieszaniny i powoli wylał ją z powrotem do miednicy.
– Ciecz? – zapytał.
– No tak – odpowiedział Michał.
– A teraz uderz dłonią – polecił. – No, walnij!
Widząc, że Michał się waha, sam pacnął otwartą dłonią w szarawą zawartość miednicy. Sprawiała wrażenie twardej jak beton.
– Chodź – zwrócił się teraz do mnie.
Nabrał trochę tej dziwnej mieszaniny w dłonie i uformował z niej kulę.
– Śnieżka dla ciebie.
Przyjęłam ten dziwny podarunek i przez chwilę bawiłam się kulą. Była twarda i zwarta, kiedy się ją ściskało, ale wystarczyło puścić, żeby zaczynała się rozlewać.
– Podoba się? – pytał Franciszek, zadowolony, że zrobił na nas wrażenie.
Był w takich chwilach jak dziecko.
– A można wiedzieć, co pan tam pomieszał? – zapytał Michał tonem naukowca.
Ale Franciszek nie kwapił się z odpowiedzią. Puścił do mnie oko, bo wiedział, że rozumiem – rozumiem, że chodzi o czary, nawet jeśli miałyby jak najściślej podążać za porządkiem natury.
Poszliśmy potem za sad, gdzie budował się nasz dom.
– Wprowadzimy się jeszcze przed zimą – oznajmił Michał.
– Wspaniale – ucieszyłam się, kładąc dłoń na brzuchu.
Miały to być dwie izby z kuchnią i spiżarnią. Michał codziennie po szkole pomagał przy budowie, własnoręcznie kładł cegły, tynki, dach. Weszliśmy do środka. Nie było jeszcze drzwi, okien ani podłóg, ale bryła domu już stała.
– Tu będzie biblioteka – powiedział Michał.
– A tu, gdzie piec, będziemy spać.
– Tu, za tym dużym oknem, zrobi się taras.


– Posadzimy dzikie wino. – Trzeba jeszcze wykopać nową studnię – stwierdził Michał. – Podłączyć kanalizację. Będziemy mieli wszystkie wygody. Tam, między sadem a boiskiem, wykopie się basen. Będzie woda dla straży pożarnej, a przy okazji latem będzie można popływać. – Nie umiem pływać – przyznałam się, bo faktycznie nie umiałam, chociaż przeżyłam całe dotychczasowe życie nad rzeczką.

– Nauczysz się! – obiecał z entuzjazmem. Cały Michał. Rozsłoneczniło się zupełnie i gdyby nie kolory liści, można by pomyśleć, że to środek lata. Wróciliśmy do dworku. Pan Franciszek gdzieś przepadł, pewnie buszował w pakamerze, wyczarowując jakieś nowe niezwykłe eksperymenty. Wzięliśmy kosze i poszliśmy na grzyby. Las za naszym domem znałam bardzo dobrze, ale tu wszystko było nowe. Powoli uczyliśmy się drzew, kamieni, mchu. Szukaliśmy swoich miejsc. Na to trzeba czasu.
– Chciałbym kiedyś namalować takie światło – rozmarzył się Michał.
– Namalujesz.
– Zobacz – powiedział nagle, pochylając się. Na mchu leżało ptasie gniazdko. – Popatrz, jak ściśle uplecione. Wyłożone zwierzęcą sierścią, a może i ludzkimi włosami?
Znów położyłam dłoń na brzuchu.
– Spadło chyba z tej sosny – powiedziałam, zadzierając głowę. – A małe?
– Pewnie już wyrosły. Może patrzą na nas teraz i słuchają? – odrzekł i przyciągnął mnie mocno do siebie, mój Michał, cały mój.
Wkrótce zaczęliśmy znajdować grzyby. Podgrzybki rosły stadami – ciemnobrązowe, zamszowe kapelusze. Kiedy się przykucało, żeby ściąć jeden, od razu wyskakiwały kolejne. Prowadziły człowieka, gdzie chciały. Dawniej ludzie gubili się w lesie przez grzyby, omamieni przez ich czarcie kręgi tracili poczucie kierunku, zapędzali się za daleko – i już nie mogli wyjść z lasu. Matka zawsze mnie przed tym ostrzegała. „Nie zgub się”, mówiła, kiedy wychodziłam z domu, nawet jeśli nie szłam do lasu. Nagle wydało mi się bardzo dziwne to wyrażenie. Zgubić samego siebie – jak jakiś mały przedmiot, monetę albo klucz?
Prawdziwki na przysadzistych nogach trafiały się rzadko i zawsze przy dębach.
– Zapamiętaj to miejsce – napominał Michał. – O, tu, gdzie leżą te dwa głazy.
Nawet najnieznośniejszą myśl da się uspokoić, jeśli człowiek zajmie czymś głowę, jeśli poświęci się pracy, jeśli się w niej całkowicie zatraci – jeśli sam siebie zgubi. Mało co nadaje się do tego tak dobrze jak grzybobranie. Tak nam to zbieranie szło, że całkiem straciliśmy poczucie czasu, dopiero głód przygnał nas z powrotem do domu, gdzie mieliśmy z tymi grzybami co niemiara roboty: mycia, krojenia, marynowania, suszenia. A kiedy potem zamykałam oczy, nadal widziałam grzyby.
Później poszliśmy do siebie. Piękny mieliśmy pokój, tylko zniszczony i trochę wilgotny. Było już popołudnie. Różowe smugi od słońca kładły się na tapetach, przez moment wydawało mi się, że pokrywają je kunsztowne wzory, ale to był grzyb. Łuszczący się na suficie tynk od biedy mógł przypominać sztukaterię. Zawiesiłam koc w drzwiach, żeby chronił przed przeciągami i czynił to nasze lokum bardziej przytulnym.
– Mia luna reĝino – wyszeptał Michał, odgarniając moje włosy. Nic nie mówiłam, uśmiechałam się tylko do niego. Poddawałam mu się, ale nie za szybko, lubiłam tak się z nim bawić, drażniąc się z niecierpliwością mężczyzny. Mieliśmy duże łóżko, wyobrażałam sobie, że to prawdziwe królewskie łoże, zresztą kiedyś, kiedy w dworku mieszkali jacyś państwo, musiało takie być. Zgasło światło w oknie i zrobiło się zimno, ale nie nam. Zanurzaliśmy się w sobie, karmiliśmy się swoim ciepłem. Dotknęłam później palcami rozgrzanego pępka, tego śladu po matce, pod którym zaczynało wzrastać nowe życie. Fasolka, wczepiona w moje tkanki drobnymi czerwonymi korzonkami – moja słodka tajemnica. Tak dobrze mi było leżeć obok Michała, kiedy gładził moje włosy i był całkiem mój.
– Opowiedz mi coś – poprosiłam.
I opowiadał, i wierzyłam w każde jego słowo, choć żadnego z nich nie pamiętam, bo zasnęłam prawie od razu.
Późno w nocy obudziły nas jakieś odgłosy. To Franciszek gadał do siebie za ścianą. Gadał, wołał, śpiewał, a jego śpiew przechodził w lament, od którego ciarki przebiegały nam po plecach.
– Pójść do niego? – spytał Michał.
Poszliśmy razem. Zapukaliśmy, ale nie otwierał. Spróbowaliśmy znowu, głośniej, wtedy zaczął wrzeszczeć, żebyśmy odeszli i zostawili go w spokoju.
– Pewnie się upił – powiedziałam. – Do jutra mu przejdzie.
Blade księżycowe światło wpadało przez okna do dworku. Na zewnątrz znowu zalegała mgła. Michał odprowadził mnie do łóżka, a sam ubrał się i poszedł na dwór. Pan Franciszek się wyciszył, a ja prawie natychmiast zaczęłam zapadać w sen. W tym przejściu między jawą a snem widziałam księżyc i nasze stare jabłonki – poskręcane i zbolałe jak stare kobiety, zagubione w tej mgle. Dęby, olchy, sosny, brzozy podjęły przerwane za dnia rozmowy. Grzybnia opieńków zaświeciła niebieskawym blaskiem i oświetliła drogę tym, którzy szukając kiedyś w lesie schronienia, już tam na zawsze zostali. Zamszowe główki podgrzybków wyłaziły spod liści, tworząc sobie tylko znane wzory.


*

– Trzeba się pakować – powiedziała nagle bez słów.
Zawsze wiedziała, że ten dzień w końcu nadejdzie, bo kto raz uciekał, będzie uciekał znowu, toteż kiedy nadszedł – Czas Ponownego Uciekania – nie była zaskoczona.
– Czy ci się to podoba, czy nie – mówiła bezsłownie do Ziemaka – trzeba wszystko ładować na wóz: mąkę i cebulę, ciepłe ubrania, koce, gęsi, dzieci…
Tak, dzieci. Małe, niedorodzone dzieci, gdzie one? Znaleźli je pod łóżkiem, zimne i nieruchome, pozawijane w szmaty, przez cały czas tam leżały. Ciężko było wciągać to wszystko na furę – albo ona, Jewdokia, zrobiła się mniejsza, albo arba była tym razem ogromna. Sąsiedzi pomogli, ludzie pomogli, jakoś się wreszcie zabrali. „Ludzie krzywdzą, ludzie ratują”, myślała sobie w tym zamęcie. Ludzie krzywdzą, ludzie ratują, a czasem jeden i ten sam i krzywdzi, i ratuje... W Kirgizji, dokąd za pierwszym razem uciekli, dziwni ludzie poprzebierani za kolorowe diabły czekali na stacji z chlebem. „Czy są tutaj ludzie tacy jak my?”, pytali przyjezdni. „Nie, nie ma”, odpowiedzieli tamci. Ale chleb był chlebem, ludzie zaś ludźmi, nie diabłami. Wieczorami opowiadali baśnie. I była baśń o trzech braciach, którzy mieli tylko jednego łaciatego byka i nie wiedzieli, w jaki sposób podzielić się tym bogactwem. Wyruszyli w drogę do mądrego sędziego, żeby im w tej sprawie doradził, a byk był tak duży, że jeździec, który wyprzedzał braci podczas ich wędrówki, musiał galopować cały dzień, od rana do wieczora, żeby dotrzeć od ogona do łba tego zwierzęcia. A kiedy w drugim dniu podróży bracia pędzili swój skarb po stepie, z nieba runął potężny orzeł i porwał go wysoko, pod obłoki... Co było większe? Byk, orzeł czy kozioł, na którego rogach przysiadł orzeł, żeby pożreć byka? A może lis, który ogryzał rozrzucone kości i upolowali go myśliwi?
Wiedział, że jak Jewdokia się na coś uprze, to nie ma na nią mocnych. Odjechali.
Ziemak i Ziemakowa na wozie, w szarej pościeli, a razem z nimi dwójka małych dzieci, Jurek Bułka i Franciszek z dworu. I piecyk, koza dająca dużo ciepła, szybko, ale na krótko, i skrzynia pełna wykrochmalonych obrusów i prześcieradeł, i filiżanka z utłuczonym uchem (a dałaby sobie rękę uciąć, że ją wyrzucała), i ogromne płaszcze, pełne pająków i moli.
Ciągnęła złachana defilada furmanek, wóz przy wozie za wozem, dużo ich było, a z przodu ikona jakieś święte osoby przedstawiająca, drogę na wschód wskazująca. Długo tak jechali albo wcale niedługo, nie umieliby powiedzieć, kiedy świst przeciął powietrze – raz, drugi, trzeci. Nie przestraszyła się, bo raz już to przeżywała. I wtedy także padali ludzie. I wtedy także padały zwierzęta. Trupy kładły się na poboczu i wtedy, i teraz. I chowało się niektórych, jakby się sadziło ziemniaki. Co było większe, piec czy filiżanka? Ciągnęła złachana defilada furmanek, wóz przy wozie za wozem, polami i lasami, a ptaki spadały z nieba, sypały się z nich suche liście, dużo, dużo liści, żółtych i brązowych, i tworzył się z nich szeleszczący dywan. Z postrzelonych ludzi dusze uciekały od razu, ale zwierzęta trzeba było czasem dorzynać, tak uparte płynęło w nich życie! Jak w Anieli – przypomniała sobie naraz Jewdokia. Wybuchła bomba, a kiedy opadł kurz, zobaczyli, że Aniela biegnie, to znaczy próbuje biec, na trzech nogach. Przed czym uciekała – przed wojną czy przed samą sobą? Przed tą brakującą tylną nogą? Nie można uciec przed niczym, toteż daleko nie uciekła, przewróciła się na ziemię, ale umierać nie myślała, tylko muczała. Strasznie głośno muczała, bezustannie, tak że nie można było tego wytrzymać.
A teraz niebo zrobiło się czarne od ptaków, jak w nocy. Tylko ta noc nie stała w miejscu, lecz szamotała się, jak jakaś żywa istota pochwycona w niewidzialną pułapkę. Głodni ludzie zjadali ranne zwierzęta, co było słuszne. Ziemakowie naciągnęli na siebie płaszcz, wielki jak namiot. Jechali i jechali. Można powiedzieć, że całą wieczność tak jechali. Co było większe: wieczność czy ten płaszcz?
– Bylebyśmy się nie zgubili – zaklinała Jewdokia.
– Opowiadałaś kiedyś – przypomniał sobie Ziemak – o kobiecie, która jechała tylko z małą córeczką, bo męża i syna straciła zaraz na początku drogi. Opowiadałaś, jak się zgubiły i jak się znalazły.
– Bomba ich trafiła, akurat ich dwóch, tego męża i tego syna – podjęła kobieta. – W jednej chwili z rodziny została tylko połowa. Ta kobieta nie chciała już żyć, ale żyła, nikt jej o zdanie nie pytał, i jej córka też żyła. Przygarnęli ich sąsiedzi, co zaraz za nimi jechali. Nakarmili. Ale droga długo się ciągnęła, bardzo długo. Ludzie wszystko pozjadali i zaczęli głodować. Ta córka była bardzo słaba, spuchła z głodu i wyglądało, że umrze, a wtedy zasadzi się ją przy drodze tak jak innych. Wtedy dotarliśmy do jakiegoś miasta, gdzie rozdawali zupę z kotłów, specjalnie dla nas, bieżeńców, przygotowaną. Wszyscy złazili z wozów i biegli do tej zupy, ludzie się przewracali i tratowali nawzajem. Setki, tysiące ludzi. One też pobiegły, te dwie. W dziecko wstąpiły jakby nowe siły i dziewczynka puściła rękę matki. Na chwilę. I ta kobieta potem ciągle powtarzała: „Puściłam! Nie utrzymałam!”. Rozdzielił je tłum i już się nie spotkały. Szukała tej córeczki przez wiele dni, rozpaczając, rozpytując, ale nie znalazła. W końcu trzeba było wsiadać do pociągu, jechać dalej, tam, gdzie skończy się uciekanie i będzie, jak obiecywano, nowy dom. „Puściłam! Nie utrzymałam!”, lamentowała ta kobieta. Tłumaczyli jej, żeby jechała, bo tam na miejscu prędzej dzieciaka odnajdzie. Aż w końcu ktoś jej nawet powiedział: „Pani, dzieciak już pewno nie żyje”. Wtedy pojechała. Z całej rodziny już tylko ona jedna. Wszystkich po drodze o tę córeczkę rozpytywała. „Puściłam! Nie utrzymałam!”, powtarzała w kółko, że aż nie można było tego wytrzymać.
– Po jakimś czasie osłabła – wtrącił się Ziemak niecierpliwie jak dziecko, które pilnuje, żeby opowiedzieć mu dokładnie tę samą co zawsze wersję ulubionej bajki.
– Dostała gorączki. Akurat pociąg się zatrzymał i wszyscy wysiedliśmy, żeby czekać, aż coś się w naszej sprawie zdecyduje, bo w takim podróżowaniu jak nasze to więcej czekania niż jechania. Wzięli tę biedaczkę do szpitala. Była zima, mróz straszny. O mało nie umarła. Ale znowu nie umarła. Widać taki miała los pisany, żeby nie umrzeć. Dalej żyła i w koło powtarzała: „Puściłam! Nie utrzymałam!”. Wszystkich lekarzy i pielęgniarek pytała, czy przypadkiem nie widzieli jej córeczki.
– Jednego dnia... – znowu wciął się Ziemak.
– ...przywieźli chore dzieci. Nie było miejsca, to pokładli je razem z kobietami. Ciemno było, choć oko wykol. Utuliła jakieś maleństwo i zasnęły. A kiedy się razem obudziły, zobaczyła, że to ta jej zguba.
– Swój w końcu znajdzie swego – powiedział Ziemak, bo zawsze tak mówił na końcu tej historii. – Swój w końcu swego odnajdzie, na tym czy na tamtym świecie.
Łza spłynęła po jego policzku, pomarszczonym jak liść.
„Czyżby już było widać jezioro Issyk-kul? Wojłokowe jurty?”, zastanawiała się Jewdokia. W jednostajnej podróży czas robi się nieforemny, kurczliwy i rozciągliwy, niemierzalny, ciemny. Stukanie pociągu wchodziło im w krew, zlewało się z biciem serca i rytmem oddechu, byli życiem, duszą maszyny pełznącej na wschód, przez lasy i góry, przez śnieg. Nie mieli pojęcia, czy długo tak jadą, czy krótko. W końcu czasu już w ogóle nie było, lecz tylko stukotanie pociągu. Pociąg pożarł pogodę, dzień i noc, no i ludzkie sprawy. Co tu było największe?
Zrobiło się ciemno. Szeroko otwartymi oczami Ziemakowa próbowała coś w tej ciemności wypatrzyć – piecyk żelazny, a wokół niego dużo słomy i ludzie przynoszący jedzenie: bliny, kapustę. Dzieci się obudziły, karmiła je jabłkami. Jabłka pachniały piwnicą i myszami, jak to w zimie.
„Jak po drabinie w głąb studni”, myślała.
– Nie bój się – mówił tymczasem mężczyzna. – Już ci nic nie grozi. Już jesteś bezpieczna. Przez całe życie ten strach próbowałem z twoich oczu wypędzić – ciągnął. – Mówili, że jesteś dzika, że nie wiadomo, co ci tam po drodze zrobili, że taka dzikość w oczach kobiety niebezpieczna jest. Ale ja wiedziałem, że głupstwa gadają. Wiedziałem, że tobie potrzeba domu. A kiedy umarł twój brat, zostałaś sama jak palec. Wtedy zdecydowałem, że ja dam ci dom. Że sam będę dla ciebie rodziną, że będę dla ciebie światem, jeżeli potrzeba. Śpij, śpij, ptaszyno, kukułko. Pamiętasz, jak dużo wtedy spałaś? Nie można cię było dobudzić nawet na jedzenie. Skulona przy piecu jak dziecko. A kiedy ty tak spałaś, ja począłem budować ten tu dom. Na odludziu, daleko od wsi, żeby spokój był. Żebyś mogła spać, ile dusza zapragnie, jeśli tego ci było potrzeba. „Ty będziesz spała, ptaszyno, a ja cię będę strzegł”, tak myślałem. I widziałem iskry w twoich oczach, kiedy ujrzałaś podwaliny. Kiedy pierwszy raz weszłaś pod dach, twoje oczy pociemniały od miłości. I myślałem, że mi się udało. Że udało się ciebie uratować.
Jurek Bułka zrobił sobie flet z wierzbowej gałązki i grał. Franciszek częstował podróżnych nalewką.
Jewdokia nagle nie mogła doliczyć się dzieci, tak dużo ich było, swoich i nie swoich. Pochowała je po kieszeniach. Przyrosły do niej jak gałązki do drzewa, co było słuszne – „Teraz już na pewno się nie pogubią”, pomyślała. Głos męża dochodził do niej z daleka, jakby zza ściany.
– Dojedziesz do nas – powiedziała do niego bez słów.
– Dojadę niedługo – obiecał.
„Dojadę, wrócę, znajdę cię”. Tyle razy ludzie to mówili, a ilu wróciło?
Ziarno kiełkuje w ciemności. Teraz widziała, jak pęka, jak się z niego wyłania kobiece i męskie, jak z jednego robi się różne i jedno drugie wypycha na świat z tej ciemności, z tej pełni. Powoli, z uporem. Taka była w tym siła, że aż myślało się o kochaniu. Biały pęd przebijał się przez warstwy ziemi ku słońcu, z którym ona już się pożegnała, a to, co kobiece, puchło od pokarmu. W jakiejś słodyczy rozpłynął się cały jej smutek. Słońce dyszało z wysiłku, powtarzając wciąż od nowa swoją wędrówkę. Tymczasem Jewdokia, u samych cierpkich źródeł życia, gładziła się po pustym brzuchu, pamiętając czasy, kiedy i w niej zasiewano ziarno. Rodziła tylko umarłe, taki był jej los. Ale kochała je nie mniej, niż inne matki kochały swoje żywe.
Jeśli ciemność zależy od światła, to głęboko, pod ziemią, gdzie nie sięgają promienie hojnej bestii słońca ani nawet łagodniejszy, kobiecy blask księżyca, źródło wszelkiego rytmu, tam – głęboko, głęboko – nie ma już ciemności. Nie ma dnia, nie ma nocy, nie ma kiełkowania ani rozkładu. Nie ma tego ani tamtego. Szarówka – pomyślała Jewdokia. Jak ten czas przed świtem albo po zachodzie słońca, ale przed zmierzchem, pomiędzy, niegotowy. W tym miejscu rodzą się dni, te udane i te niewydarzone, jak dzieci, które próbowała dawać Ziemakowi w zamian za jego miłość.
Nie mogła już robić dzieci, ale jakby zamiast tego wolno jej było robić dni. Miała pod ręką nośniki wszystkich kolorów: liście, kwiaty, motyle, owoce, ludzkie oczy; kolory rosły na drzewach jak owoce, tak samo jak ciepło i zimno, radość, smutek i wszystko, co pomiędzy. Roześmiała się jak mała dziewczynka i dalejże robić Ziemakowi dzień: słoneczny i pachnący orzechami. Całkiem inny od tego, w którym zaczęła się owa wędrówka. Dzień po dobrym śnie, dzień między wojnami, dzień z wyrzeźbionych w krysztale powietrza jasnych godzin. Dzień, w którym dusza człowieka się cieszy – bo są takie dni – a tę odrobinę smutku, dodaną do smaku, nosi w oczach dla ozdoby.
Zawołała sowa włochatka, dokonało się życie Jewdokii.